Chciałam, by Osiecka powiedziała dzisiaj coś do nas - mówi Violetta Ozminkowski

czwartek, 26 styczeń 2017

W październiku 2016 roku ukazała się niezwykła książka, której autorką jest Violetta Ozminkowski, a bohaterką Agnieszka Osiecka. O niezwykłości tego wydawnictwa z autorką rozmawiała Teresa Drozda.

- „Lubię farbować wróble” to książka dosyć niezwykła. Mariola Pryzwan tworzy książki, w których układa wypowiedzi danego artysty układa w tematyczne rozdziały. Ty poszłaś dalej, bo zrobiłaś wywiad z Agnieszką Osiecką, mimo że nie zrobiłaś tego wywiadu.

- Tak dokładnie było. Pracując nad tą książką, lubiłam mówić znajomym, że robię wywiad rzekę z Agnieszką Osiecką. Pamiętam, że Marysia Czubaszek powiedziała: „Ona nie żyje, czy coś mnie ominęło?” . Myślę jednak, że w czasach, kiedy biografie pisze się jeszcze za czyjegoś życia, nie brzmiało to tak szokująco.

Wszystko zaczęło się od tego, że zgłosiła się do mnie Anna Derengowska z Wydawnictwa Prószyński Media i Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej, z prośbą by złożyć jedną książkę z wywiadów Agnieszki Osieckiej, których jest ponad sto. Poczułam się oczywiście zaszczycona i wyróżniona. Jak każdy wychowywałam się na piosenkach Agnieszki Osieckiej. Śpiewałam je, ale nigdy nie należałam do osób, które mówiły cytatami z jej twórczości i które śledziły wszystko, co ona robi. Wydawało mi się, że jest to szansa na trochę poważniejszą rozmowę. Miałam nadzieję, że uda mi się wyłuskać z tych wywiadów i cytatów to, co Agnieszka Osiecka myślała o życiu. Chciałam ją troszkę odrzeć z tej poetessy, którą starała się być.

- Tytuł tej książki brzmi „Lubię farbować wróble”, to cytat z jakiegoś wywiadu?

- To stwierdzenie określa chyba czasy PRL. Nie tylko Agnieszka Osiecka i inni artyści, ale też zwykli ludzie, czyli całe to pokolenie żyło w czasach, gdy opowieść często była ważniejsza od prawdy. Nie była to epoka reality show, gdzie podajemy wszystko takie jakie jest. Wszystko miało dopowiedzianą historyjkę. Z drugiej strony my dzisiaj chyba też lubimy dopowiadać i „farbować wróble”, ale mamy inne „kredki”, np. profile w serwisach społecznościowych.

- To, co mnie interesuje najbardziej, a co dotyczy Twojej pracy nad tą książką, to czysto dziennikarskie spostrzeżenia. Bazując na wywiadach, których udzielała Agnieszka Osiecka bazujesz na dziennikarstwie sprzed kilkunastu – kilkudziesięciu lat. Jestem ciekawa, czy coś rzuciło Ci się w oczy, jakaś zmiana w prowadzeniu rozmów, czy były one głębsze czy dłuższe?

- Przeglądałam te wszystkie wywiady i sama się wzruszałam. Tak, można w nich zauważyć historię przeprowadzania wywiadu. Mnie uczono na początku Gazety Wyborczej, że dziennikarz to taki człowiek, który zapamiętuje choćby nie wiem co i nawet jeżeli zepsują się dwa magnetofony, jest w stanie odtworzyć rozmowę. Rzeczywiście mi się to kiedyś przydało, kiedy kilka godzin rozmawiałam z Niną Terentiew i dwa magnetofony wysiadły. Ze zdumieniem odkryłam, że jestem w stanie odtworzyć tę rozmowę. Druga bardzo ważna rzecz, którą powtarzał mój szef to, że dziennikarz nie jest małpą z magnetofonem ani stojakiem pod magnetofon. Każda rozmowa powinna być o czymś, mieć akcent na jakiś wątek. Potem nauczyłam się jeszcze jednej rzeczy, że jeśli idzie się na rozmowę z kimś, to robi się research, czyli czyta się tych sto wywiadów, których Agnieszka Osiecka udzieliła. Być może nie dałabym rady przeczytać stu, ale gdybym szła do niej na „zwykły” wywiad, myślę, że pięćdziesiąt spokojnie bym przejrzała, by wiedzieć o czym i w jaki sposób mówiła. Zabrzmi to okropnie, ale w momencie, gdy idzie się z kimś na rozmowę, ma się ten wywiad przygotowany i napisany. Jednak bardzo często jest tak, że osoba do której przychodzi się z napisanym w głowie wywiadem, zaskakuje nas czymś. Mnie się to zdarzyło przy nieżyjącej Agnieszce Osieckiej. Przygotowywałam research i wydawało mi się, że już wszystko wiem i poprowadzę tę rozmowę tak jak mi się wydaje. Zdziwiła mnie jedna historia z jej życia, o której nie wiedziałam, że nie podpisała „lojalki”. Nie wiedziałam tego. Zaskoczyło mnie to podczas czytania kolejnych wywiadów, ale pewnie podobnie by było, w bardzo w podobnym momencie, kiedy poszłabym do niej i rozmawiałybyśmy o tym. Te wywiady bardzo często były wzruszające, również ze względu na ich formę. Sama na koniec wywiadu jeszcze kiedyś dziękowałam za rozmowę, pytałam o dalsze plany. Ówczesne wywiady miały bardziej grzecznościową formę. Przypominały mi się moje pierwsze rozmowy i to jak mnie uczono, żeby podziękować.

- Czy miałaś wrażenie, że Agnieszka Osiecka manipulowała swoimi rozmówcami, udzielała im tych samych odpowiedzi? Czy dało się odczuć, że z kimś jej się rozmawiać chce, a z kimś nie chce? Czy dało się w nich zauważyć sztampę?

- Zdziwiło mnie a właściwie było bardzo miłym spostrzeżeniem, że Agnieszka Osiecka nie kłamała. Potwierdziła to Marta Passent z Fundacji Okularnicy. Czasami mogła się wykręcać, wywijać, pomylić, coś zmienić, ale nie kłamała. W momencie, kiedy dziennikarz przychodzi (a zdarza się to niestety coraz częściej) i pierwsze pytanie jakie zadaje brzmi: „Jak się pani nazywa?” to widać nerwowość i drażliwość Agnieszki Osieckiej. W momencie, gdy rozmówca był bardziej przygotowany, zupełnie inaczej się jej rozmawiało i z tych rozmów można było o wiele więcej wyciągnąć. Każdą cząstkę książki składałam z różnych wywiadów. Teraz często słyszę zarzuty, że w jakimś akapicie znalazła się bardzo duża część czyjegoś wywiadu, co nie jest prawdą. Każda cząstka jest złożona z różnych wywiadów. Agnieszka Osiecka powtarzała się. Czasami coś co powiedziała tak się jej spodobało, że powtórzyła to samo komuś innemu. To zupełnie naturalne, przecież nie jesteśmy w stanie wymyślać swoich historii na okrągło.

- Zwłaszcza, że pytania się powtarzają. Jest pewien schemat i dziennikarze zadają zawsze te same pytania. Nie wiem, czy też to masz, ale jak rozmawiam z legendami, na ogół dzieję się to w biegu, nie ma szans,  żebym mogła dostać coś czego taka osoba nikomu wcześniej nie powiedziała. Więc czasami satysfakcjonuje mnie tylko tyle, że ktoś kto jest dla mnie człowiekiem na piedestale, do mojego mikrofonu powie to samo, co powiedział milion razy, ale powiedział to do mojego mikrofonu i dał mi pięć minut ze swojego życia. Nie wiem, czy wtedy też tak to działało?

- Przeprowadzając wywiady zawsze czułam się jak na egzaminie. Profesor dokładnie zna materiał, ja znam dokładnie materiał i musimy teraz o tym porozmawiać. To jest zawsze trochę sztuczna sytuacja. Kiedyś dziennikarze mieli trochę więcej czasu. Chodzili do rozmówcy nie raz, a dwa lub nawet trzy razy. Teraz musimy w pół godziny pewne rzeczy załatwić. Pamiętam sytuację, gdy musiałam przez telefon rozmawiać kwadrans z biskupem Pieronkiem. Było to dla mnie niepoważną sytuacją, bo wypadało przynajmniej się spotkać, a nie było takiej możliwości. To są trudne rozmowy. Agnieszka Osiecka kończyła przecież dziennikarstwo, więc myślę, że wszystko to doskonale rozumiała.

W jednym z wywiadów powiedziała takie zdanie: „W życiu jest coś więcej niż życie”. Zaznaczyłam je sobie, bo zaskoczyło mnie. Tak jak mówisz, było nagrodą w tej mozolnej pracy, uznałam że powiedziała to tylko do mnie. To zdanie padło kiedy mówiła o tym, że jej piosenki brały się z życia, że wszystko co pisała było właściwie autobiografią, bo było wyrobione z materii życia, a w życiu jest coś więcej niż życie. James Joyce zanotował kiedyś takie zdanie: „Wystarczy wybrać jakiś okruch z własnej biografii i połączyć z czymś innym i to jest właśnie klucz do pisarskiej alchemii”. Proste prawda?

- Tak by się wydawało. Zastanawiam się nad czymś w rodzaju odpowiedzialności przy okazji pisania tej książki. Nie miałaś problemu z autoryzacją słów Agnieszki Osieckiej?

- Oj, miałam. Miałam Agatę Passent i Martę Passent.

- Ale te słowa zostały wypowiedziane i wydrukowane, opublikowane. W zasadzie to była kwestia nożyczek.

- Bardzo dobrze, że się nad tym zastanawiasz. Myślę, że musiałam znaleźć w sobie dużo bezczelności, że nie chciałam się spotkać ani z Agatą ani z Martą Passent przed pisaniem tej książki. Bałam się, że nie starczy mi odwagi, by zrobić tę rozmowę. Bardzo nie chciałam, by ona była „na kolanach”. Spotkałyśmy się, gdy tekst był gotowy i zarówno Marta jak i Agata Passent od razu zaakceptowały go bez problemów. Natomiast wiem, że na początku wyobrażały sobie, że pozbieram te wszystkie wywiady, że opublikujemy ich więcej, a każdy cytat będzie podpisany. Nie zależało mi na takim sposobie dokumentacji, bo trudno byłoby to czytać. Chciałam, by Agnieszka Osiecka powiedziała dzisiaj coś do nas. Tym bardziej, że gdy czytałam rozmowy z nią, dostawałam gęsiej skórki, bo brzmi to dzisiaj bardzo współcześnie. To niewiarygodne jak mało się zmieniło. Bardzo zależało mi na tym, by z tych wywiadów wydobyć rozmowę o sensie życia i czegoś się też nauczyć.

- Rozmawiałaś z nią kiedyś oko w oko?

- Nie miałam takiej możliwości. Po napisaniu książki dodałam anegdotę, którą przytaczam we wstępie, a która tłumaczy trochę dlaczego odważyłam się zrobić tę rozmowę. Nie rozmawiałyśmy z Agnieszką Osiecką, ale spotkałyśmy się. Czekałam na jakąś rozmowę w kawiarence na Saskiej Kępie, a Agnieszka Osiecka siedziała przy stoliku obok. Zachowałam się jak idiotka, bo chciałam do niej podejść i podziękować, za wrażliwość, której mnie nauczyła. Oczywiście nic takiego nie zrobiłam, żeby jej nie przeszkadzać. Wstając wywróciłam filiżankę, wtedy Agnieszka Osiecka ze swoim półuśmiechem i lekkim dystansem próbowała mnie pocieszyć i powiedziała: „Kto powiedział, że miejsce filiżanki jest na stole”.
Teraz zgłaszają się osoby, które miały podobne do mojego krótkie spotkania z Agnieszką Osiecką. Okazuje się, że ona bardzo często mówiła coś do kogoś, kogo kompletnie nie znała. Jakieś jedno zdanie, które zapadało w pamięć na resztę życia. Osoba, na którą czekałam, nie przyszła i jak zdarza się często w życiu, kompletnie nie pamiętam kto to był. Chociaż długo próbowałam to sobie przypomnieć, żeby napisać we wstępie. Okazało się, że rzeczy ważniejsze zdarzają się w tle. Nie widzimy ich od razu.

- Po tym doświadczeniu masz jeszcze kogoś takiego, kogo nie ma a z kim chciałabyś porozmawiać na podobnej zasadzie?

- Kiedy Anna Derengowska zwróciła się do mnie, uśmiechnęłam się, bo cały czas myślałam o podobnej formie wywiadu z kucharzem króla Stanisława Augusta. Nie daje mi to spokoju. Nic o nim nie wiemy, a tak naprawdę on stworzył polską kuchnię, zawdzięczamy mu 16 rodzajów szczupaka po polsku! Kiedyś myślałam, że mogłabym z nim przeprowadzić taki wywiad, ale teraz myślę, że chyba jednak nie.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.

 

Grudzień 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
10
11
13
14
18
19
20
21
22
23
24
25
26
31

Nadchodzące wydarzenia


12
Gru
2017
18:45
12 grudzień 2017 18:45
Prom Kultury Saska Kępa - Warszawa, ul. Brukselska 23
Koncert Chóru Kameralnego COLLEGIUM MUSICUM Uniwersytetu Warszawskiego pod kierownictwem Andrzeja [...]
15
Gru
2017
18:00
Koncert
15 grudzień 2017 18:00
Sandomierskie Centrum Kultury - Samdomierz, Rynek 25
Grzegorz Turnau, Jacek Królik, Leszek Szczerba w kameralnym koncercie.
15
Gru
2017
19:00
15 grudzień 2017 19:00
Galeria Pięknych Książek - Warszawa, ul. Pańska 96
Sławomir Zygmunt w koncercie "Czas wszystko zmienia", zaprezentuje utwory Leonarda Cohena, Boba Dylana, [...]
15
Gru
2017
19:00
15 grudzień 2017 19:00
Piwnica pod Baranami - Kraków, Rynek Główny 27
Koncert Mirosława Czyżykiewicza.
16
Gru
2017
19:00
16 grudzień 2017 19:00
Narodowe Forum Muzyki - Wrocław, pl. Wolności 1
Muzyka - Jan Kanty Pawluśkiewicz to koncert złożony jest wyłącznie z kompozycji Jana Kantego Pawluśkiewicza, jednego z [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL