Grechuta nie żyje PDF Drukuj Email
fot. Marek Karewicz ("Piosenka", nr 2, październik 2006)

Stało się niemożliwe. Umarł Marek Grechuta.
Wiedzieliśmy o jego długotrwałej słabości. Słyszeliśmy o jego chorobie. Ale co innego słyszeć, nawet wiedzieć, co innego doświadczyć. Wiadomość o śmierci Marka była takim właśnie doświadczeniem. Nawet dla najbliższych kolegów, pozornie przygotowanych na najgorsze  – był to wstrząs.

Dla piszącego te słowa – jak pewnie dla wielu ludzi z Grechuty pokolenia, zwłaszcza tych, którzy żyli z nim w jednym świecie doświadczeń, gustów, estetycznych wyborów i tak dalej – śmierć ta jest z jednej strony kolejnym powodem refleksji i zadumy nad nieuchronnym – jak i katalizatorem wspomnień. Od tematów ostatecznych ucieka się podświadomie. Zwłaszcza wtedy, gdy w pamięci żyją chwile przeżyte radośnie.
Ta pamięć Marka Grechuty we mnie tkwi mocniej, niż świadomość że go nie ma. Więc nieustannie  przesuwam w miękkim dysku osobistej pamięci obrazki, obrazy...

Jest miasteczko studenckie w Krakowie. W piwnicy bloku – akademika ścisk i szum. Piwnica nosi szumną nazwę "Bambuko". Czereda zebrała się, by zobaczyć nowy kabaret. Łysiejący (a może potem przełysiał?) Tadzio Kalinowski udaje konferansjera w "piwnicznym" stylu, gada i gada. Muzykanci grają ładnie, żwawo: gitara, skrzypce (skrzypek jeszcze nieznajomy, ale nie długo). Trzej bracia góralczykowie z Nowego Targu ryczą pieśń ucieszną "trzej murzyni na pustyni". Nazwisko trzy razy wymienione pamięta się długo: Pawluśkiewicz. A śliczny, chudzieńki chłopiec, z Zamościa i z architektury zarazem – śpiewa. Liryczne melodie do wierszy znanych i nieznanych poetów, też śliczne. A potem na chwilę czochra loki i udaje bigbitowego wyjca: "czemuś taka wymięta!" – ryczy, a my pokładamy się ze śmiechu. Nie, nie z niego, z nim.
To spotkanie zapisało się w folderze pamięci, zatytułowanym jednym słowem: "radość". Radość wspólnej błazenady, entuzjazm inteligentnej młodości, w której cieszyć się można i z głupstwa, bo przecież nie wiadomo czy świat potrwa jeszcze dwa tygodnie.

Świnoujście. Dziś kolorowy lunapark, wtedy – smutne miasteczko, pełne czerwonej marynarki (wojennej), szarych mieszkańców o wyglądzie uciekinierów z Polski, a także rozbawionych na dancingu w „Parkowej” (a może "Albatrosie"?)  pensjonariuszy FWP. I letnie kolorowe ptaki, studenci! Pierwsze "Famy" utkwiły mi w pamięci "Tangiem Anawa". I przedziwnym talentem Marka do rymowanej improwizacji. Gdy się to słyszało – trudno było potem poważnie traktować naszych pożal się boże "raperów"...

Inny obrazek mam nie tylko w pamięci, ale i na ścianie: estrada krakowskiej Filharmonii, w pierwszym planie Wojtczak i Budzyński – a w tle oni. Burakowska, Kierc, Wyrodek, Rodowicz i Grechuta. Chudzieńki jak w "Bambuko". Laureat  VI Ogólnopolskiego Konkursu Piosenkarzy Studenckich.

Obrazki migają, jeden po drugim. Marek zmienia się na nich stopniowo. Mężnieje. Czasem nakłada uśmiech "do fotografii", choć przecież wiem, że inaczej się śmieje... Spotykamy się, rozmawiamy, pracujemy razem. Raz jesteśmy na Dębnikach przy ulicy Bałuckiego. Innym razem patrzymy z okna na Szlak. A jeszcze później spoglądamy na górkę i las za Zakamyczem. Smutni czegoś, ale z nadzieją, że ten smutek – to za przyczyną saren, nieustannie  podgryzających sadzonki i drzewka. Tak, trzeba się ogrodzić.
Trzeba się było odgrodzić. Zamykam folder z napisem "szczęście".

Teraz przychodzi czas smutny, ale dla każdego z nas, rówieśników i przyjaciół – łatwy. Teraz wiemy, co możemy dla Marka zrobić. Wiemy, że jego dzieło zostało. Naszym obowiązkiem jest zająć się nim. Sprawić, by żyło. By pączkowało szczepami uczniów Mistrza, klonowało się w jego następcach. Wiemy, że trzeba skupić się na tym co ciągle jest, po to by zostało na zawsze.

Czas zżera lub cukruje. Ileż to wielkich dzieł utonęło w morzu niepamięci, ile cudów świata rozwiał wiatr rzekomej nowoczesności albo przysypała lawina chwilowej mody?  Piosenki Marka, jego dzieło tak dla nas ważne – trzeba ocalić od zapomnienia.
Przedziwne: niedługo przed śmiercią Marka zapytał mnie jakiś dziennikarz, która z piosenek śpiewanych przez Grechutę jest mi najbliższa. Nic nie przeczuwając, powiedziałem od razu: "Ocalić od zapomnienia". Tak.

Na dysku pamięci wpisałem to jako zadanie.

                                                                                                                                         Jan Poprawa


Artykuł ukazał się w kwartalniku "Piosenka" (numer 2, październik 2006)

Od redakcji:
Jan Poprawa jest redaktorem naczelnym kwartalnika "Piosenka", a także jurorem wielu festiwali piosenki, dokumentalistą i znawcą tematu.

Marek Jan Grechuta (ur. 10 grudnia 1945 w Zamościu, zm. 9 października 2006 w Krakowie) – polski piosenkarz, poeta i kompozytor, z wykształcenia architekt.....

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.21 Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."


Powiązane tematy

Powiązane strony

 

n Strefa Piosenki © Teresa Drozda 1999-2014 | for design © WojD 2006 | Powered by Joomla