W 'Piwnicy' znalazłem oddech wolności - mówi Janusz R. Kowalczyk

środa, 25 lipiec 2012
Z Januszem R. Kowalczykiem o książce "Wracając do moich Baranów" rozmawia Teresa Drozda:

- Przez wiele lat znałam Pana jako autora recenzji teatralnych, które czytywałam. Dopiero z książki pod tytułem "Wracając do moich Baranów" dowiedziałam się, że przez dziesięć lat występował Pan na estradzie i to nie byle gdzie, bo w Piwnicy pod Baranami. Muszę przyznać, że było to dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem.

- Piwnica była miejscem specyficznym i elitarnym - jak twierdzą niektórzy. Nigdy nie szukałem do niej wejścia. Kiedyś jednak przez przypadek - może zawiodła mnie tam szczypta snobizmu? - dotarłem na program, który szalenie mi się spodobał i uwiódł.

- Urodził się Pan i wychował w Krakowie i dorastał w momencie, kiedy Piwnica funkcjonowała, więc echa piwniczne musiały Panu towarzyszyć już od przedszkola?

- Nie chodziłem wprawdzie do przedszkola, ale w podstawówce i liceum - na pewno. Przypominam sobie niezwykłą historię  Szedłem z kolegą przez Planty i on trącił mnie w rękę, mówiąc: patrz, Piotr Skrzynecki, powiemy mu "dzień dobry". Ukłoniliśmy mu się, a on zatrzymał się, obejrzał i odpowiedział "dzień dobry". Obaj pęcznieliśmy z dumy. W ten prosty sposób staliśmy się królami liceum przez jakieś dwa tygodnie.
Potem, kiedy byłem już studentem teatrologii - jednak na długo przedtem, zanim trafiłem do prasy jako recenzent teatralny - zbłądziłem na piwniczy program, który zafascynował mnie swoją nietypowością. Łamaniem wszelkich norm obowiązującej wtedy poprawności, którą trudno byłoby nazwać poprawnością polityczną - raczej jakimś odgórnym nakazem trzymania się wytycznych gremiów wówczas rządzących. Trafiłem do Piwnicy jako kompletny naiwniak i przecierałem ze zdumienia oczy, że istnieje kabaret, w którym pewne rzeczy mówi się w sposób tak jasny, czysty, otwarty, śmiały i odważny.
 
- Ale Piwnica nie była przecież politycznym kabaretem...

- Żarty o charakterze politycznym zaczęły się częściej pojawiać w czasie karnawału Solidarności i później, w okolicach stanu wojennego. Wtedy to rozmaite komunikaty prasowe oprawiane melodią, włączyli do swojego dorobku kompozytorskiego między innymi: Zbigniew Preisner, Piotr Walewski, Zbigniew Raj czy Zygmunt Konieczny.

- Można przytoczyć tu słynny śpiewany dekret o stanie wojennym i przemówienie Cyrankiewicza, ale wcześniej w Piwnicy śpiewało się na przykład menu zakładu żywienia zbiorowego i różne instrukcje obsługi. Takie rzeczy były w programie Piwnicy na porządku dziennym i zaliczyć je można bardziej do absurdalnych niż politycznych. Jednak w  pewnym kontekście mogły mieć one również wydźwięk społeczno-polityczny.

- Przede wszystkim Piwnica była zbiorowiskiem ludzi z wyobraźnią. Artystów uwrażliwionych na każdy przejaw życiowego absurdu czy nonsensu, które potem na potęgę wykpiwali. Byłem szczęśliwy, że trafiłem do tego kabaretu, ponieważ inaczej chyba bym zwariował. Presja ówczesnej polityki na przeciętnego obywatela była nieprawdopodobna. Czego innego człowiek uczył się w szkole, a co innego widział w praktyce dnia codziennego. Absolutnie inne rzeczy wypowiadane były w kazaniu podczas Mszy Świętej przez księdza, a zupełnie innych dowiadywaliśmy się z gazet, telewizji czy radia - o ile nie były to audycje wysłuchiwane spoza szumu zagłuszarek polskich rozgłośni z Zachodu.

- A zupełnie czegoś innego w Piwnicy pod Baranami...

- Piwnica była enklawą, w której znalazłem oddech wolności. Tam każdy mógł się poczuć swobodniej. Nie była to wolność absolutna, ponieważ i w kabarecie zdarzały się przypadki prowokacji. I poza nim. Niektórzy artyści Piwnicy odnajdywali się nagle pobici. Dotknęło to na przykład Piotra Skrzyneckiego. Pamiętam Piotra przychodzącego do Piwnicy z bandażem na głowie, który wystawał mu spod kapelusza.
Ofiarą rękoczynów wielokrotnie padał Wiesław Dymny, pobito też Andrzeja Warchała. Artyści, którzy mieli cięty język, obrywali więcej i częściej niż wykonawcy śpiewający niefrasobliwe piosenki, choć zarówno jeden, jak i drugi przejaw twórczości był wtedy tak samo potrzebny. Miewałem chwile zastanowienia, kiedy i mnie przyjdzie za coś oberwać. W połowie lat osiemdziesiątych wyszliśmy pewnej nocy po programie i szliśmy w zwartej gromadzie ulicą Szewską. Z moim partnerem scenicznym Andrzejem Pacułą odłączyliśmy się nieco od czoła piwnicznej grupy. Wtedy obskoczyli nas jacyś dziwni ludzie, którzy rwali się do bijatyki. I pewnie by do niej doszło, gdyby nie interwencja wracającego z wszystkimi niecodziennego gościa, Jacka Kuronia. Pobiegł i dobitnym głosem zaczął powtarzać: "O co chodzi?!... ", "O co chodzi?!!...", coraz bardziej natężając głos. Zaczęliśmy go odciągać od napastników, a kiedy ci zobaczyli, jak Kuroń ciągnie za sobą i Pacułę, i mnie, przerazili się jego siły i uciekli.

- Płynnie przeszliśmy od zachwytu widza, który znalazł się przypadkiem w Piwnicy, do opowieści artysty piwnicznego i przygód go spotykających. Przygody milsze i mniej miłe opisane zostały w książce "Wracając do moich Baranów". Wciąż nie wiemy jednak jak doszło do tego, że stanął Pan na piwnicznej scenie?

- Trafiłem do Piwnicy jako widz i spodobała mi się tak bardzo, że jako student teatrologii postanowiłem napisać historię tego miejsca. Bawiła mnie wtedy możliwość schodzenia do kabaretu i poznawania ludzi, którzy mi zaimponowali. Ponieważ Piwnica wciągnęła mnie od strony praktycznej, do pisania pracy semestralnej nie doszło. Zamiast tego stałem się autorem tekstów satyrycznych i ich wykonawcą. Czynnikiem uzupełniającym tę historię było moje poczucie, że powinienem wydobyć z siebie głos człowieka wolnego, niezależnego od cenzury i dziwnych obyczajów, które na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych panowały w kraju. Pomyślałem, że być może nadaję się na człowieka, który będzie wypowiadał teksty satyryczne.
Już w liceum, a i później na teatrologii pisałem sporo prac, co nigdy mi nie nastręczało żadnych trudności. Dlatego nie odczuwałem lęku przed tym, że mam coś stworzyć. Niepokoiłem się natomiast, czy to co napisałem, jest dostatecznie nośne. Czy będzie dobrze przyjęte przez publiczność i odebrane ze śmiechem. O brawach wówczas nie myślałem, choć i one się pojawiły.
Od postanowienia, że pisał będę dla Piwnicy pod Baranami, do wypełnienia tekstami kartek minęło zaledwie kilka godzin. Wraz z decyzją nastąpiła w mojej głowie niesamowita erupcja pomysłów, żartów, grepsów. W jedną noc spisałem jakby kanon swojego występu, z którym wkrótce pojawiłem się w Piwnicy. Później wracałem do moich pierwszych tekstów przez następnych dziesięć lat. Lekko je zmieniałem, uzupełniałem i modyfikowałem, choć w zasadzie ów wzorzec tekstów, który powstał w jedną noc i pozwolił mi zadebiutować w Piwnicy, był zasadniczym bodźcem dla dalszych występów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jaki będę wykonywał zawód. Nie przypuszczałem, że zostanę dziennikarzem piszącym recenzje. Ale już wtedy zrobiłem pastisz doniesień agencyjnych. Mogę zacytować:
"Doniesienia agencyjne. Z Festiwalu Teatru Narodów. Nasz specjalny korespondent donosi o przykrym incydencie zaistniałym wczoraj, podczas występu zespołu angielskiej strefy językowej. Kreujący główną rolę aktor, w przytomności prawie tysięcznej rzeszy widzów, dopuścił się słownego ataku, wplatając w monolog oryginalnego tekstu sztuki polskie zdanie:
'Tu bij, ORMO, tu bij', manifestując tym samym jawną wrogość wobec licznie zebranych na sali członków tej organizacji. W naszym odczuciu fakt ten jest tym bardziej przykry i bolesny, że znieważono ludzi, którzy na widowni teatru znaleźli się li tylko z poczucia obywatelskiego i społecznego obowiązku".

ORMO to skrót od nazwy Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej. Dzisiaj to już relikt, ale wtedy była to realna i nieprzewidywalna siła, która mogła wielu ludziom dotkliwie zaszkodzić. Tego typu szyderstwa wywlekaliśmy na światło dzienne w ukrytej w podziemiach Piwnicy. Moje żarty z tamtego okresu wydawać się dziś mogą naiwnie łagodne.  Wtedy wcale tak odczytywane nie były, ponieważ każdy skrawek życia obywatela Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej był kontrolowany, ściśle reglamentowany i nie należało zbytnio pokpiwać z władzy. Miałem świadomość, że pewne żarty mogłem powiedzieć tylko w Piwnicy, bo nigdzie indziej znaleźć by się nie mogły. Dzisiaj, oczywiście, nie brzmią tak drapieżnie  jak wtedy. Pewnie i wówczas były wystarczająco niewinne, choć mieliśmy w Piwnicy wyobrażenie, że "walczymy" o coś słusznego, choćby o sens. Dla przykładu przytoczę jeszcze jeden cytat:
"Odpowiedzi na pytania gawiedzi. Waldkowi: Niestety, przegrał pan zakład. Człowiek z gwiazdą, który skuł Szybkiego Billa, to był szeryf. A nie bolszewik, jak pan mylnie sądził".

- Tuwim i Słonimski trudnili się pisaniem odpowiedzi na listy, których treści nie znaliśmy...

- Również Gałczyński w "Listach z fiołkiem". Opierałem się na przykładach, które znałem. Chciałem nie tyle dorównać mistrzom, ile w podobnych formach zawrzeć coś własnego. Słyszałem również opinie, że moja twórczość przypomina emitowaną w radio pocztę Andrzeja Rumiana. Trochę się tym trapiłem, gdy kilkakrotnie musiałem prostować, że mówiłem własne teksty, a nie Rumiana czy Dymnego.
Jeśli chodzi o związki z radiem, to po śmierci Piotra Skrzyneckiego kabaret - decyzją zespołu Piwnicy pod Baranami - poprowadził Marek Pacuła. Stał się jej mózgiem i konferansjerem. Wcześniej, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Ośrodku Krakowskim Radia, prowadził audycje pod niezobowiązującym hasłem "Akademia Humoru". Słowo "satyra" przyciągało uwagę cenzury, więc zostało zastąpione zamiennikiem "humor". Stworzyliśmy razem wiele audycji, w których pojawiały się też teksty Andrzeja Pacuły, mojego partnera scenicznego, a prywatnie młodszego brata Marka. Niektóre z naszych żartów, którymi przerzucaliśmy się na estradzie z Andrzejem Pacułą, zostały zarejestrowane w studio radiowym, jednak próżno tych nagrań szukać w archiwum. Powód? Marek Pacuła wyjechał na zaproszenie matki do Stanów Zjednoczonych. Za granicą zastał go stan wojenny, więc z powrotem do kraju mu się nie spieszyło. Marek przedłużył sobie pobyt za oceanem. W Chicago stworzył polski kabaret. W Polsce w tym czasie decydenci, którzy zawładnęli rynkiem kultury po 13 grudnia 1981 roku, wszystkie taśmy z audycjami Marka Pacuły zagrali na nowo. Nic nie ocalało.

- Trafił Pan do Piwnicy po śmierci Wiesława Dymnego, już nie było tam Ewy Demarczyk, więc pewien bardzo ważny okres swojej świetności Piwnica miała już za sobą. Przed sobą miała kolejne okresy i osoby, bo książka przede wszystkim traktuje o ludziach, z którymi zetknął się Pan w Piwnicy.

- Jako świadek tamtych czasów starałem się moją opowieść w książce wyważyć tak, żeby wszystkim oddać sprawiedliwość. Pilnie nadstawiałem ucha, co mają do powiedzenia moje wspaniałe koleżanki i wspaniali koledzy z kabaretu z czasów wcześniejszych. Pytałem ich też o te późniejsze, gdy przestałem być piwniczaninem i przeszedłem "na drugą stronę barykady" jako człowiek pisujący o teatrze.
Forma występu kabaretowego ma w sobie znacznie więcej z teatru niż myślimy. Praca Piotra Skrzyneckiego, który czuwał w Piwnicy nad przebiegiem występów, była pracą reżysera. Śmiem twierdzić, że Piotr był jednym z najwspanialszych polskich reżyserów, pomimo tego, że nie miał dyplomu szkoły teatralnej czy filmowej. Bywały jednak przypadki, gdy reżyserował Piotr, a potem na jego życzenie podpisywał się pod scenariuszem kolega, który miał dyplom odpowiedniej szkoły. Dzięki temu rosła stawka wypłacana przez Estradę reżyserowi za stworzenie imprezy kulturalnej. Piotr Skrzynecki miał niezwykłą wyobraźnię pozwalającą mu inicjować piwniczne wydarzenia, choć ich powstanie nie byłyby możliwe bez pomocy mnóstwa innych rąk. Był człowiekiem, który potrafił wyławiać talenty, a jednocześnie wprost nadzwyczajnie umiał zrażać do siebie ludzi. Jeśli ktoś nie miał odpowiedniej wytrzymałości psychicznej, mógł uważać, że jest traktowany przez Piotra po macoszemu. Tymczasem on po prostu taki był. Akceptował kogoś, ale potem rzucał go na głęboką wodę.
Mną również Piotr się zbytnio nie przejmował. Byłem solistą, mówiłem na scenie, to co sam sobie napisałem. Piotr zresztą nie musiał się mną specjalnie zajmować. Dawał mi tylko znać, w którym momencie wieczoru mam wyjść na scenę. Zdarzało się także, że powierzano mi pewne role w widowiskach piwnicznych. Pierwszym z moim udziałem była inscenizacja Piotra i Andrzeja Maja według fragmentów z "Dziennika" Gombrowicza. W przedstawieniu o Ambrożym Grabowskim, krakowskim księgarzu, który zostawił wspaniałe wspomnienia, grałem młodego Ambrożego, mówiąc jego tekstem. Ambrożym Grabowskim w wieku dojrzałym był Edward Wnuk, a najstarszym - Piotr Skrzynecki. Wspólna praca przy większym przedsięwzięciu niosła z sobą zawsze niezapomniane emocje. Zwykłe programy, grane co tydzień w Piwnicy, nazwać można składankami kabaretowymi, w których każdy był oddany temu, co przygotował. Poszczególne numery zawiązywały się w małych grupkach, choć beze mnie. Byłem na ogół solistą. Występowałem wprawdzie z Andrzejem Pacułą, choć nie był moim stałym partnerem scenicznym. Andrzej od urodzenia jest mieszkańcem Bochni i zawsze pozostawał margines niepewności, czy przyjedzie do Krakowa. Kiedy się pojawiał w Piwnicy, tworzyliśmy rodzaj tandemu wykonawczego. Andrzej lubił improwizować na scenie i zaskakiwał mnie swoimi żartami, na które musiałem błyskawicznie reagować. Ja go niczym nie zaskakiwałem, bo zawsze mówiłem to, co znał. Jednak przypadki, kiedy słyszałem skierowany do mnie nieprzewidziany tekst, na który musiałem szybko zareagować, wspominam dziś szczególnie miło. Inaczej popadłbym zapewne w rutynę.

- W którym momencie uznał Pan, że trzeba zająć się poważniejszymi sprawami i opuścił Pan Piwnicę?

- To tak wyszło samo z siebie, że coraz słabiej oddawałem się sztuce piwnicznej. Wraz ze zmieniającymi się czasami, wydało mi się, że to co robimy w Piwnicy, nie ma już takiej siły wyrazu jak dawniej. Zamiast zająć się tworzeniem nowych tekstów i wykonywaniem ich w skuteczny sposób, zacząłem rozglądać się wokół siebie. Rozluźniłem związki z Piwnicą, zmierzając ku kolportażowi niezależnych wydawnictw. Studiowałem teatrologię, później zdobyłem dyplom absolwenta studium scenariuszowego przy łódzkiej Szkole Filmowej. Piwnica przestała być dla mnie jedynym sposobem na życie, bo wiedziałem, że nie da mi utrzymania. Po czerwcowych wyborach 1989 roku wyszedłem z podziemia wydawniczego jako dziennikarz i recenzent teatralny.

- Tak skończyła się przygoda, ale odcisnęła ona jakieś piętno? Bez niej byłby Pan kimś innym?

- Z całą pewnością. Nie da się wymazać z pamięci okresu spędzonego na scenie w Piwnicy pod Baranami. Piwniczaninem jest się przez całe życie. Nie mam też najmniejszych powodów uważać, że to co dzieje się w Piwnicy dzisiaj, jest gorsze. Wszystko się zmienia i to, o czym traktuje Piwnica dzisiaj, jest po prostu inne od tego, co ja robiłem na jej scenie. Wiem to, ponieważ obserwowałem Piwnicę również wtedy, gdy przestałem w niej występować. Gdy tylko udawało mi się przyjechać do Krakowa i nie kolidowało to w czasie z premierami teatralnymi, bywałem w Piwnicy. Moją żonę Krysię po raz pierwszy przyprowadziłem do kabaretu, kiedy była w ciąży z naszą córką Olą, która ma dziś dziewiętnaście lat.
Z Piwnicą miałem i zamierzam nadal mieć jak najmilsze związki. Mam nadzieję, że moja książka w tym nie przeszkodzi. Pisałem, jak umiałem - o Piwnicy, jaką znałem i w której byłem. Niekoniecznie mam prawo wypowiadać się o Piwnicy dzisiaj, bo już dawno jej nie współtworzę, choć zawsze chętnie będę do niej wracał. Podobnie, gdy słucham dawnych piwnicznych nagrań czy też śledzę kariery koleżanek i kolegów.

- Wspomnieć trzeba, że książka bogata jest w ilustracje, zawiera Pańskie teksty i fantastyczne karykatury piwniczne.

- Wydawnictwo Trio jest firmą warszawską. Wydawało mi się jednak, że nie ma to znaczenia, skoro Piwnica nie jest zjawiskiem krakowskim, lecz ogólnopolskim, ogólnoeuropejskim i ogólnoświatowym. Wobec tego uznałem, że nie jest ważne, czy książkę wyda wydawnictwo krakowskie, czy inne, więc skorzystałem z propozycji wydania jej w Warszawie. Ilustrator Jacek Frankowski nie jest piwniczaninem, co nie odbiera uroku wykonanym przez niego karykaturom artystów.

- Książki szukać można w księgarniach. To piękna opowieść o pewnym czasie, ludziach i ważnym dla polskiej kultury zjawisku, które ciągle jest otoczone tajemnicą.
 
Rozmawiała: Teresa Drozda.
 
Książka "Wracając do moich Baranów" ukazała się nakładem Wydawnictwa Trio w 2012 roku.

 

Sierpień 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
8
27
28
29

Nadchodzące wydarzenia


22
Sie
2017
19:30
Koncert
22 sierpień 2017 19:30
Teatr Atelier - Sopot, al. Mamuszki 2
Piotr Machalica w recitalu pt. Mój ulubiony Młynarski. Występują:Piotr Machalica – wokalKrzysztof [...]
23
Sie
2017
18:00
23 sierpień 2017 18:00
Teatr Atelier - Sopot, al. Mamuszki 2
Byle nie o miłości – Nula Stankiewicz śpiewa piosenki Agnieszki Osieckiej Janusz Strobel – gitara, [...]
23
Sie
2017
20:00
23 sierpień 2017 20:00
Teatr Atelier - Sopot, al. Mamuszki 2
Byle nie o miłości – Nula Stankiewicz śpiewa piosenki Agnieszki Osieckiej Janusz Strobel – gitara, [...]
24
Sie
2017
19:00
24 sierpień 2017 19:00
Amfiteatr - Warszawa, ul. Raginisa (Park Górczewska)
Joanna Ewa Zawłocka w recitalu pt. "Osiecka do tańca" w ramach cyklu letnich koncertów "Osiecka [...]
24
Sie
2017
19:30
24 sierpień 2017 19:30
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Grażyna Łobaszewska w koncercie promującym płytę pt. "Sklejam się". Grażyna Łobaszewska, jedna z [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL